Ty te moesz mie wasn wizytwk...
Krzysztof KRAWCZYK
Krzysztof KRAWCZYK



„TO, CO W ŻYCIU WAŻNE”

Z Krzysztofem Krawczykiem – wokalistą, gitarzystą, kompozytorem,
z powodu premiery nowego studyjnego albumu ( 31.05.2004 )
– rozmawia Andrzej F. Rozhin.


„To, co w życiu jest ważne” to tytuł twojej nowej płyty. A co jest naprawdę w życiu ważne?

Udało się to ująć w jednej piosence, której autorem jest Muniek Staszczyk, wokalista grupy T.LOVE, który napisał w refrenie: „Widziałem na ulicy dziś w oczach nienawiść, ludzkie łzy. Więcej miłości trzeba nam.” Te słowa mnie poruszyły. Dałem je jako motto płyty i dedykowałem ludziom, którzy potrafią, albo próbują przynajmniej kochać i wybaczać. Jak czytam gazety, a czytam ich coraz mniej, albo jak oglądam telewizję, której też już prawie nie oglądam, ogarnia mnie niepokój, czuję się we własnym kraju człowiekiem zagrożonym. Mając 58 lat odczuwam lęk egzystencji, czy dalej się załapię, jak to się mówi branżowo, na następną dobrą płytę i czy to mi przedłuży życie na kolejny rok czy dwa. Mam wątpliwości czy ci, którzy wymyślają coraz nowe ustawy i przepisy mają do tego jakiekolwiek przygotowanie, a ja jako obywatel nie mam na to żadnego wpływu. Miłości mi brakuje, kiedy widzę jak krew się leje wszędzie. Nie mówię tylko o Iraku.
Ważna na pewno jest miłość, pojęta w szerokim sensie. Miłość nie tylko między dwojgiem ludzi, ale też inne odmiany miłości. To nie musi być zaraz padanie sobie w ramiona i spędzanie ze sobą życia. Czasem wystarczy okazać człowiekowi odrobinę ciepła, nić sympatii. Dać mu dobrą radę, a kiedy trzeba otworzyć portfel.

Jak szczere i prawdziwe są twoje wyznania wyśpiewane na tej nowej płycie? Ile w tych tekstach jest odprysków biografii? A ile świadomej kreacji artystycznej na „Krawczyka, faceta po przejściach”?

Ważne są moje przeżycia osobiste, jak i profesjonalna kreacja. Ale ja nie muszę naginać się i wymyślać sobie wizerunku. Męczyć się jak to zrobić, żeby być popularnym. Ja po prostu śpiewam piosenki, jestem taki, jaki jestem. Za stary by udawać na przykład macho, albo latynowskiego tancerza. Po prostu nie za bardzo wypada mi kłamać. Staram się być sobą. Pierwszy raz usłyszałem to od Kenny Rodgersa, który powiedział: „Nie osiągniesz sukcesu, jeśli nie będziesz sobą, na scenie, w życiu prywatnym, wszędzie”. Ludzie nie chcą pozorów, powielanych idoli, chcą mieć oryginał. Kiedyś śpiewałem Elvisa, i Amerykanie mówili, że jestem dobrym polskim Elvisem, ale jednak wolą Króla.

Jan Kanty Pawluśkiewicz w swojej autorskiej płycie „Consensus” debiutuje jako wokalista, bo uważa, że tylko on sam może wyśpiewać nurtujące go problemy. Co ciebie popycha do nagrywania nowych płyt? Potrzeba obecności na rynku show biznesu? Pieniądze? A może coś więcej?

To coś więcej. Nie wolno ludzi okłamywać, że pieniądze są nieważne, ale jest też fascynacja i uzależnienie od sceny. Jestem narkomanem estrady. Bez niej pewnie bym szybko umarł.... Pamiętam słowa lekarza świętej pamięci Mieczysława Fogga, z którym przyjaźniłem się w ostatnich latach jego życia. Powiedział: „Mieciu jak przestaniesz śpiewać to umrzesz. Masz grać 7 koncertów na miesiąc”. Fogg zrobił przerwę paromiesięczną i umarł.
Nie ma lepszego systemu niż kapitał, posiadanie i własność. To nas napędza, ale kiedy ja ciężko pracuję, nie myślę o pieniądzach, tylko chcę, żeby piosenka zaistniała, a wtedy to już automatycznie idą za tym pieniądze i popularność. Bo to jest styl życia, ja wychodzę na scenę, śpiewam ludziom piosenki, oni mi za to jeszcze płacą. Potem idę do ich sklepu i kupuję ubranie, albo bułkę u piekarza. To połączenie mnie bardzo interesuje. Ja służę komuś, a ktoś służy mnie.

Do kogo adresujesz nowy album?

W dedykacji jest napisane, że dedykuję album ludziom, którzy potrafią kochać i wybaczać.
Nie ulega wątpliwości, że chcę zdobywać nową publiczność, także młode pokolenie fanów muzyki. Nie można ich oszukać złym aranżem, ani złym tekstem. Żeby do nich dotrzeć, muszą być piosenki mocne, prawdziwe, czadowe... Nie może być ściemniania, nie mogę wymiękać przy nagrywaniu płyt. Ale jest też pokolenie, które od początku mi towarzyszy, i takich ludzi w Polsce jak wynika z badań OBOP-u jest około 80 tysięcy. Oni od 30 lat kupują moje płyty. Oni i ich znajomi. W ten sposób kreują się te złote, diamentowe i platynowe płyty. To stały elektorat. Ostatnio zaproponowano mi nawet pierwsze miejsce na liście kandydatów do parlamentu europejskiego. Ale swoje miejsce w szeregu znam. Jestem piosenkarzem, a nie politykiem.

Chwilę o płycie...W piosence „Lekarze dusz”: padają słowa „kobieto, tej wojny mam dość ogłośmy rozejm dziś”, czy to jest wątek autobiograficzny?

Tak. Jesteśmy z Ewą razem już 23 lata. Przeszliśmy rozwód, to jest obecnie moja narzeczona, ale wkrótce będziemy mieć ślub, nasz czwarty już. Jeden przed laty, drugi w Stanach, trzeci w Polsce, bo nie chcieli uznać amerykańskiego, czwarty kościelny, po którym praktycznie znowu będziemy mężem i żoną.

Ciągle przeżywasz ten „kryzys miłosny” waszego małżeństwa? Na płycie w wielu piosenkach wraca ten temat.

„Los tak chciał, słuchałaś ludzi złych”. Nasz rozwód był skutkiem intryg ludzi złych.
Trzeba mieć samokontrolę, nad tym, co się mówi, co się robi, nie kłamać. Dążyć do dobra, a zła unikać, i z nim walczyć Chcę być światełkiem dla niektórych ludzi, którzy nie wiedzą, co może człowieka w życiu spotkać. Nie warto się odwracać od siebie udając krzywy uśmiech, jak w tej piosence. Mnie się to zdarzyło, ale nie naśladujcie mnie. Można się odbić od dna, można wrócić.

„Za każdym rokiem mam większy smak na życie” śpiewasz w piosence „Przytul mnie”. Czy to, dlatego, że stuknęło ci 58 lat, czy też zawsze życie ci smakowało i brałeś je pełnymi garściami?

Zawsze mi życie smakowało, tylko teraz zacząłem być bardziej wybredny. Kiedy człowiek jest szczęśliwy, życie jest smaczne. Jak boli to człowiek dopiero wtedy wie jakie jest piękne życie bez bólu. Więc co to znaczy ten dobry smak na życie. Ja mam smak na życie pełną piersią, dawanie z siebie tyle ile można. Być potrzebnym, kreatywnym, być tym sprawiedliwym w domu, kiedy córka przychodzi do mnie i mówi mi rzeczy bardzo intymne. Trzeba to wszystko chłonąć. Przy stole jestem najszczęśliwszym człowiekiem. Jestem bardzo „zastolnym człowiekiem”. U mnie się dobrze gotuje, pilnuje dobrego smaku. Żyjemy, żyjemy...Chęć kradzieży, gwałtu, mówienia innym przykrości, to jest ten zły smak na życie. W Biblii jest napisane, że „cierpliwość jest pierwszą cechą mądrości” to, kiedy jestem niecierpliwy – mówię sobie „oj, może to jest pierwsza cecha głupoty”.

„Pędzący czas dotknął mnie(...), spójrz to wciąż jestem ja”. Nie bardzo chcesz akceptować tego 58 letniego mężczyznę. Nie lubisz siebie?

Chodzi o to, że mając 58 lat, pewna część ciała powyżej krzyża mnie po prostu boli. Jest mi ciężej. Na użytek czytania, muszę włożyć okulary, których kiedyś nie nosiłem, muszę ograniczać dietę, bo mam 20 kg nadwagi, a miałem 30. Walczę z tym, bo to walka także z moim charakterem, nie tylko z apetytem i nadwagą. Piosenkę „Ostatni taniec” adresuję do Niej – do mojej żony, która jest młodsza ode mnie o 13 lat. Mówię – ty jesteś młoda koza. „Pytasz ciągle czy jeszcze mnie stać (...), pytasz ciągle czy jeszcze chcę”. Nie mówię o tajemnicach alkowy, bo o tym się nie mówi. Mam ogromne szczęście, bo to jest dziewczyna do wszystkiego – i do tańca i do różańca. Ale jej i sobie uzmysławiam przemijanie. I o tym przemijaniu człowiek nie powinien zapominać, bo nabiera pokory do świata.

Powiedziałeś w jakimś wywiadzie, że 65 lat to starość.

To było głupie z mojej strony. Kiedy miałem 23 lata, ”Trubadur”- Sławomir Kowalewski z przerażeniem w głosie powiedział „Czy wy wiecie, że za 7 lat będziemy mieć 30 lat?” Wydobył się z nas jęk, „co to będzie jak będziemy mieć 30 lat!!!”. To wszystko tłumaczy. Odkrywam Amerykę na nowo.

Masz jakiś pomysł na życie po 60-tce?

Może od czasu do czasu ktoś mnie zatrudni. Będą mnie pokazywać jako śpiewającą mumię. I zajmę się poważniej studium wokalno-aktorskim, które już uruchomiłem. Mam 30 studentów w szkole. Przymierzam się do otwarcia domu weselnego. Wciąż się zdarza, że ktoś chce mieć „U Krawczyka” wesele, chrzciny. Jestem gościnny z natury, lubię karmić ludzi. Chętnie się z biesiadnikami sfotografuję, obdaruję ich płytą, za co nic nie będą płacić. Jest tyle domów weselnych i pogrzebowych, a ja chciałbym, żeby ludzie przychodzili do mnie. Do śmierci mam stosunek wciąż poważny, podchodzę do niej z obawą i lękiem. To mnie napędza, by wciąż zdawać przed Bogiem maturę dojrzałości emocjonalnej.

Współtworzyłeś swoje płyty z wieloma muzykami, wokalistami, także ostatnią. Powiedz coś o nich. Jak ważne są dla twojego rozwoju takie kontakty artystyczne?

To był znakomity pomysł Pawła JAKIEGOŚ TAM, który po Bregovicu oddał mnie w ręce Andrzeja Smolika nowocześnie myślącego muzycznie młodego człowieka. Praca z nim jest wyróżnieniem dla każdego artysty, a my dodatkowo jesteśmy nawet przyjaciółmi, chociaż tej przyjaźni nie było jeszcze czasu udowodnić.

Ale nowej płyty z nim nie nagrywałeś?

Nie, bo on robił swoją. Poprosiłem go, żeby mi, chociaż napisał dwie piosenki. I napisał. Producentem „To, co w życiu ważne” jest TomeK Bonarowski (producent Myslovitz, ONA i wielu innych), który pomógł mi ogromnie, nawet wokalnie, więc jestem bardzo usatysfakcjonowany współpracą z tym chłopakiem i jego ludźmi.

Wymień twórców, którzy znacząco wpłynęli na twoją karierę.

Na początku Rysiek Poznakowski, który wskazał na mnie palcem i powiedział: „będziesz piosenkarzem”, z czego się uśmiałem jak norka. Później Kondratowicz, który pisał teksty. Sami Trubadurzy mieli na mnie ogromny wpływ aż do momentu mojego wyjazdu do Stanów. Po powrocie układy się zmieniły i właściwie od 1976 roku moim aniołem stróżem jest Andrzej Kosmala, człowiek, który ma w Poznaniu Studio oraz Rysiek (NAZWISKO), który jest producentem. Mamy na półce ponad 400 piosenek. Jesteśmy napewno rekordzistami. Przynajmniej połowa to dobre piosenki. Wiele zawdzięczam Bregovicovi, Andrzejowi Smolikowi, Muńkowi Staszczykowi, Kasi Nosowskiej, Andrzejowi Piaskowi - Piasecznemu, Ani Dąbrowskiej – młodej piosenkarce, która odniosła sukces, a mimo to pokornie śpiewa chórki na mojej płycie.

Twoja dyskografia to około 50 albumów i setki piosenek. Wymień kilka, które najbardziej lubisz.

Jedną z moich ulubionych jest „To, co dał nam świat”. Była napisana, kiedy rozstawali się Ania Jantar, moja przyjaciółka i Jarek Kukulski – dwoje kochających się ludzi. Oni się rozchodzili, a ja nagrałem tę piosenkę. Po katastrofie lotniczej na Okęciu, kiedy ona zginęła, piosenka „To, co dał nam świat” została odczytana jako epitafium. Lubię też „Deszcz” z mojej ostatniej płyty, bo to jest bossa nova, latynowskie rytmy. A ze starszych – najchętniej śpiewam „Pamiętam ciebie z tamtym lat” i „Elvisa Presleya”. Z „Parostatkiem” trochę gorzej, bo to jest dixielandowy rytm. Lubię bardzo balladę „Gdybyś była moja” Bregovica. A z płyty Smolika „Bo jesteś ty”, dedykowaną mojej żonie.

Jak byś opowiedział dziś swoją biografię?

Pochodzę z rodziny, która się bardzo kochała. Mam brata Andrzeja, młodszego 4 lata, malarza, artystę. Ojciec czytał nam na dobranoc Sienkiewicza, i okazuje się, że czytanie dzieciom było dużo lepsze niż oglądanie dobranocki w telewizji. Niestety straciłem ojca w wieku 16 lat, odszedł od nas na zawsze. Poznałem rozpacz i samotność. Zacząłem pracować i uczyłem się jednocześnie. Dostałem lekcję pokory – byłem popychadłem, robiłem herbatę, przyklejałem znaczki, i zarabiałem 600 złotych, a to było 1/3 przeciętnych zarobków w Polsce. Ale dla mamy, która dostawała rentę po tacie i pracowała w teatrze lalkowym „Pinokio”, to była spora pomoc. Było ciężko i smutno, ale wszystko się zmieniło, kiedy pojawił się Rysiek Poznakowski. Wrzucił mnie do pociągu show- biznesu. Weszliśmy w świat nagrań i estrady, a to było jak narkotyki. I tak jest do dzisiaj. Moją nagrodą za tamte biedne lata są brawa publiczności i uśmiechnięte buzie. Pieniędzmi zajmuje się moja żona, bo to jest raczej kobiece zajęcie.

Twój wygląd mówi, że jesteś dobrym, łagodnym, ciepłym człowiekiem.

Tak mówią. Można mnie łatwo zranić. Ale mam też łatwość wybaczania. Nie wiem skąd to się bierze, bo napewno nie z nauki katechezy, kiedy ksiądz mówił o przebaczaniu. Bardzo źle się czuję z bagażem nienawiści w stosunku do kogoś, kto mnie skrzywdził, lub z poczuciem winy, że ja skrzywdziłem kogoś. Czuję się wtedy o 20 kg cięższy. Staram się, więc wybaczyć, albo zadośćuczynić swoją winę.

Czytałem o twoim poczuciu winy, winy za niewystarczające kontakty z synem. Jak to dziś widzisz?

Źle się zaczęło, bo on praktycznie swojego ojca nie widział. Mieszkał w Las Vegas z matką, która też śpiewała. Alina Żytkowiak, z Amazonek. On pamięta ojca, który wraca z trasy koncertowej i awanturuje się z matką. Nie ma dobrych wspomnień, jeśli chodzi o lata dzieciństwa. Kiedy Alina postanowiła zostać w Stanach, zabrałem go ze sobą. Ja jestem ojciec – matka, ale tak naprawdę jego matką była moja matka. Teraz jest dobrze. Ale niech to będzie ostrzeżenie. Tego się nie da naprawić. Pierwsze lata do 10, 16 roku życia, musimy być przy dzieciach. Nie na zasadzie upierdliwego grożenia pasem, ale musimy szukać wspólnej płaszczyzny porozumienia. Dzieci żebrzą o miłość. Show-biznes nie pomaga rodzinie.

Ogromny dorobek płytowy, popularność, sława, wszystko w kwiecie dojrzałego męskiego wieku. Sukces. Czy jest coś, czego nie osiągnąłeś? I czy masz jakiś konkretny cel w życiu, do którego jeszcze dążysz?

Dopóki nie stałem się dorosłym, sprawiedliwym i dojrzałym mężczyzną, byłem niezrównoważony emocjonalnie. Widzę to po moich związkach. Jestem z moją trzecią żoną już 23 lata. Nigdy jej nie zdradziłem, nie zdradzam i nie zamierzam zdradzać. Z poligamisty stałem się stuprocentowym monogamistą, wiernym mężem, nie brakuje mi „tych polowań”. Ojciec mówił, pamiętaj, ty się nigdy nie zmienisz. Nie wierzył, że mogę żyć inaczej. Z drugiej strony gdyby nie to niezrównoważenie nie doszedłbym do tego, że chcę z moją obecną żoną spędzić życie tak jak ojciec z moją matką. W jednym związku.
Jak pojechałem do Stanów, wydawało mi się, że jestem blisko wejścia na naprawdę duży ring, ale okazało się, że byłem w rękach człowieka, który zwyczajnie mnie oszukał. Byłem już w Las Vegas na tych dużych scenach, ale zazwyczaj w charakterze supportu, między innymi w występach Johna Casha, Kenny Rodgersa. Ale ja chciałem wylansować swoje piosenki. Na pewno była to nauczka, ale też edukacja boża. To, co miałem dostać po „czterech literach” w Ameryce, to dostałem. Musiałem ciężko pracować fizycznie, psychicznie byłem zdołowany. I wtedy właśnie spotkałem Ewę, która wyciągnęła mnie z dołka i uratowała lekomana skazanego na śmierć.

Masz jakieś niezrealizowane marzenia?

Jestem wielkim szczęściarzem. Chyba nie. Nie miałem innych marzeń niż większość ludzi. Chciałem mieć dom, dziecko. Mój 30 letni syn z pierwszego małżeństwa, niedawno się ożenił. Z Ewą nie mamy dziecka, więc wzięliśmy córki szwagierki na wychowanie.

Jaki jest twój dom?

Wracamy do domu o różnych porach. Od progu witają nas dwa roześmiane pieski, nawet jeżeli wracamy o 3 rano. Podczas kiedy nas nie ma, pracują u nas dwie lub trzy osoby. Mam duży ogród, sad warzywny. Klimat domu jest najlepszy, kiedy w domu są wszystkie trzy córki i syn. Sylwia, która śpiewa u mnie w zespole chórki ma 18 lat. Kasia, która jest piękną dziewczyną z długimi nogami, ma 15 lat. Beatka, która jest urodzoną artystką, ma 8 lat. To są córki szwagierki, przyjęte przez nas na zasadzie przyrzeczenia ojcostwa. To nie jest adopcja. Matka nie musiała się zrzekać opieki. Dziedziczą po mnie. Nazwisko ich ojca kazałem zachować, żeby nie ranić tamtego człowieka. Chciałem być lepszym ojcem niż jestem. Mają od nas mieszkanie, dwadzieścia minut drogi od mojego domu, bo muszą chodzić do szkoły. Ale wszystkie wolne chwilę spędzają ze mną. Kiedy dom jest pusty i cichy, zastanawiam się, po co taki dom, skoro nikt się nim nie cieszy.

„To, co w życiu ważne” to najbardziej liryczny z Twoich albumów. Hołd i wyznanie miłości dla kobiety Twojego życia. Odsłoń jej obraz.

Jest przede wszystkim bardzo dobrym człowiekiem. Jest urodziwa. Ma na imię Ewa. Poznaliśmy się w nocnym klubie w Chicago. Przyjechała trochę sobie dorobić. Nie miała pojęcia o byciu barmanką. Ale była ładną dziewczyną, więc dostawała duże napiwki. Nie chciała ich brać. Mówiła, że nie może. Przekonywałem ją, że to dla niej. Patrzyłem na to towarzystwo w nocnym klubie – farbowane lisy – jeden ma dwa prawa jazdy, drugi trzy paszporty, niebieskie ptaki, zalecają się do niej. Ostrzegałem ją przed tymi facetami. Była takim dzieciakiem, bezbronnym, niewinnym. Nie było miłości od pierwszego wejrzenia. Najpierw opiekuńczość. Na początku nie chciała się ze mną spotykać, bo byłem żonaty.
Po trzech miesiącach się jej oświadczyłem. Gdybym nie spotkał Ewy byłoby ze mną krucho. To był dar niebios. Nie miałbym tego domu. Nie mam zdolności do pieniędzy, nie wiem, co z nimi robić. Ona jest panią kierowniczką, kręci wszystkim, jest moją szyją.

Najważniejsze przeżycia.

Bardzo przeżyłem unieważnienie małżeństwa. To jest krzyżowy ogień pytań – sędzia, arcybiskupi. Byliśmy już z żoną Ewą kilka lat po ślubie cywilnym, kiedy postanowiliśmy unieważnić poprzednie moje małżeństwo kościelne. Nigdy tego nie zapomnę. Kiedyś zmęczony po przesłuchaniu, nie miałem siły się nawet pomodlić. Poszedłem, więc do kościoła. Moim guru jest Chrystus. Boże, powiedziałem, wspomóż mnie, bo spada na mnie wielki kamień. Wierzyłem, że wszystko będzie dobrze. Dostałem rozwód kościelny. Ogromnym przeżyciem dla mnie była śmierć Ani Jantar. Miałem wewnętrzną żałobę. Dziś tych śmierci jest tak dużo, Czesław Niemen, Jacek Kaczmarski. Już z naszej półki biorą, więc trochę na to zobojętniałem. Jestem smutny, że nic nie można na to poradzić i przerażony faktem, że coraz bliżej tego drugiego brzegu.

Tylko dojrzały mężczyzna może widzieć tak, te sprawy. To jest pewna mądrość.

Też tak myślałem dopóki nie spotkałem ludzi takich jak Przemek Myszer z Myslovitz, który napisał mi piosenkę:„Bo jesteś ty”. Napisał tam: „Chciałbym z tobą wieczorem zasypiać zawsze i z tobą zawsze budzić się rano. Cóż więcej można chcieć”. On napisał hymn do wierności w jednym zdaniu. Napawa mnie optymizmem, że młodzi ludzie też tak potrafią
myśleć.

Co Cię cieszy?

Najbardziej, kiedy mogę zrobić radość drugiemu człowiekowi.

A rany?

Jest jedna rana – śmierć mojego ojca. On wycisnął tak duże, niezniszczalne piętno na charakterze mojego brata i moim, że nie mogę o tym zapomnieć. Swoją dobrocią, swoimi kreacjami aktorskimi. Grywał z Hanuszkiewiczem i Solskim w Poznaniu. Jako 2,5 letni chłopiec potrafiłem rozpoznać ojca w charakteryzacji Cześnika. Ojciec nadal jest we mnie. Opiekuję się mamą, która ma prawie 80 lat, bo wiem, że starość jest przykra
Twoja szkoła życia?

Czas, kiedy ojciec zmarł i poszedłem do pracy, a potem, kiedy zostałem zrzucony z piedestału po przyjeździe do Stanów. Tu w kraju niczego mi nie brakowało, tam grałem w zadymionym klubie wprawdzie za dobre pieniądze, ale to była ciągła tułaczka. W czasie adwentu, postu, nie było śpiewania, więc stawałem za barem, byłem kierowcą, wchodziłem na dachy i wbijałem kołki pneumatycznym młotem, naprawiałem okna. Musiałem jakoś płacić rachunki. Były momenty, kiedy zastanawiałem się, co ja tam robię. W Stanach dolary nie rosną na drzewach, dlatego jak wróciłem, mówiłem, ludzie nie pchajcie się tam, za darmo nikt wam nic nie da.

Jak cię postrzegają ludzie?

Wyczuwam życzliwość, albo nieżyczliwość, której unikam. Jeżeli ktoś chce mieć kontakt, próbuję wyciągnąć z tego człowieka coś dobrego, żeby on się ze mną dobrze poczuł.

To skąd się biorą te napastliwe wypowiedzi publikowane w internecie?

Chyba z nieznajomości mojej muzyki. Powtarzają wyświechtane opinie. Kiedyś popełniłem parę błędów, troszeczkę lżejszą muzykę pograłem. To już było traktowane jako zdrada branży. Ludzie bardzo łatwo formułują obraźliwe uwagi. Nie mam do nich pretensji, bo oni mnie nie znają?

Twoja działalność charytatywna, z czego wynika?

Z religii, i z potrzeby i z tego, że taką mam naturę. Ojciec mój, kiedy pukał ktoś do drzwi, nie dopuszczał, żeby od nas wyszedł nienajedzony, niewykąpany, bez pieniędzy. Nie wiem jak bym sobie poradził bez wiary i nadziei. Trzeba umieć się dzielić tym, co się ma. To jest radość. Mam wspaniałą ambonę w postaci estrady.

Jak wiele oddałeś dla kariery?

Bardzo dużo czasu i sił. Ponad 50% mojego życia. Chciałem śpiewać. Zawsze odbywało się to kosztem prywatnego życia. Pierwsze małżeństwo rozleciało się, bo byłem 4 miesiące za granicą i zdradzałem żonę.

Poznakowski, Rynkowski, Kora, Rodowicz, Wodecki, Dudziak, Bem...Skąd ta siła w Was, tej starej gwardii, ciągle artystycznie aktywnej?

No skąd się bierze? Czy można na to odpowiedzieć? Pan Bóg daje siłę nam wszystkim. Nie może mi zarzucić, że dał mi talent, którego nie wykorzystuję. Mam bezrobocie w rodzinie. Chodzę po ziemi. Ja jako lokomotywa ciągnę ten pociąg, muszę dać im pracę, wziąć za nich odpowiedzialność. To też jest wielka motywacja, poza moim uzależnieniem od estrady.

Osiągnąłeś sukces?

Każdemu życzę, żeby miał taki sukces. Chociaż nie jest to zbyt skromne z mojej strony.
_______________________________

Rozmawiałem z Krzysztofem Krawczykiem 25 maja 2004 roku
w Sali konferencyjnej firmy BMG – POLAND,
która jest producentem Jego ostatniego albumu
„TO, CO W ŻYCIU WAŻNE”.
Produkcja, realizacja, mix – Bogdan Kondracki
Realizacja wokali –Jarosław Regulski/ Bogdan Kondracki
Mastering – Jacek Gawłowski w JGMasterlab w Warszawie

Krzysztof KRAWCZYK